Te magiczne bąbelki
Lato zbliża się wielkimi krokami. A gdy przychodzi upał, wiadomo, chce się pić.
Wielu z nas zapewne, zapytanych o najlepszy sposób na gaszenie pragnienia latem, wskazałoby dobrze schłodzone piwo z pianką na dwa palce. Podobne zdanie mieli dziewiętnastowieczni habsburscy żołnierze, którzy stacjonowali w znajdującej się wówczas pod austriackim panowaniem Wenecji Euganaskiej. Jakież wielkie więc było ich rozczarowanie, gdy okazało się, że w tamtejszych gospodach nie uświadczą swojego ukochanego złotego trunku. W zamian oferowano im co najwyżej białe wino. Musząc sobie jednak jakoś poradzić, poprosili karczmarza, o to, żeby wino „zeszpricował”. Słowo „spritz” w języku niemieckim oznacza chluśnięcie do szklanki odrobiną gazowanej wody. Pijąc ten substytut piwa, żołnierze nie zdawali sobie sprawy, że niechcący dali podwaliny pod coś, co dwieście lat później stanie się jednym z najbardziej popularnych drinków – AperolSpritza.
Dziś szprycerami nazywamy drinki najczęściej na bazie wina musującego lub białego, z dodatkiem wody gazowanej oraz gorzkiego likieru, syropu lub ziół. Szprycery mają nas orzeźwić, a także pobudzić apetyt. Oczywiście nie byłoby szprycerów, gdyby nie łatwy dostęp do gazowanej wody. Nie zastanawiamy się nad tym, że przecież kiedyś nie było o to tak łatwo. Owszem, spotykało się gdzieniegdzie, w górskich uzdrowiskach źródlaną mineralną wodę zawierającą naturalne bąbelki, ale przecież nie było to dostępne wszędzie i na co dzień. Za wynalezienie gazowanej wody najprawdopodobniej odpowiada Joseph Priestly, który dokonał tego w Anglii, w 1767 roku. Co ciekawe, również tutaj losy musującego napoju związane są z piwem. Priestly, powodowany chęcią niesienia pomocy ludzkości i wierzący w lecznicze właściwości gazowanej wody, zawędrował do pobliskiego browaru i tam zwrócił uwagę na wydzielający się wskutek fermentacji zboża gaz. Ten gaz właśnie — dwutlenek węgla — udało mu się ujarzmić i nasycić nim wodę. Jego wynalazek wkrótce podbił świat. To, co stworzył na zawsze zrewolucjonizowało świat barmaństwa i alkoholi.
Z wodą gazowaną wiele rzeczy smakuje lepiej. Wiedział o tym Patrick J. Duffy, szef baru w manhattańskim Ashland House, który zainspirowany życzeniem jednego ze swoich gości o szkocką whisky z wodą sodową, w 1894 r. zaczął proponować Whisky Highball. Jeszcze sto lat wcześniej korzystając z braku patentu na wodę gazowaną, niejaki Johan Jacob Schweppe stworzył fabrykę takowej, a po jakimś czasie zaczął produkować również lek na malarię, dodając do swojej wody chininy i tworząc pierwszy na świecie tonik. Tamten tonik był gorzki, dlatego żołnierze brytyjscy zmuszani przez swoich dowódców do picia go podczas wypraw w egzotyczne kraje, żeby jakoś go znieść, dodawali do niego porcję ginu, tworząc tym samym Gin&Tonik, będący po dziś dzień jednym z najpopularniejszych na świecie połączeń koktajlowych. Inny przedsiębiorca, również z aptekarskim zacięciem, John Stith Pemberton, przygotował w 1886 r. smakowy roślinny syrop i rozpuścił go w gazowanej wodzie — w ten sposób tworząc pierwszą szklankę Coca-Coli. O znaczeniu Coli w barmańskim świecie wspominać nie trzeba — od whisky z colą, przez Cuba Libre po Long IslanIced Tea, cola pozostaje jednym z najważniejszych mixerów.
Coś magicznego tkwi w uwięzionych w napojach bąbelkach.
Naukowcy twierdzą, że ta niemal uzależniająca moc ma związek z receptorami drażnionymi przez zawarty w wodzie gazowanej dwutlenek węgla — działa to podobnie jak w przypadku ostrych potraw. Z ewolucyjnego i zdroworozsądkowego punktu widzenia powinno być to bodźcem do odstawienia takiego napoju, natomiast najwyraźniej tkwi w nas coś, przez co ta odrobina bólu sprawia, że chce się żyć bardziej! Niezależnie od przyczyn, świat kocha bąbelki w drinkach i napojach. Nadchodzi lato, będziemy szukać orzeźwienia. Pozwólmy, by woda sodowa strzeliła nam do głowy!




